Karmienie reniferów i dzień z kulturą saamską

 

renifery Tromso

Mam słabość do tego typu atrakcji. Kontakt ze zwierzętami działa na mnie wręcz terapeutycznie! Będąc w Tromso (więcej o samym mieście w Tromso – Brama Arktyki) turyści zasypywani są ofertami różnego rodzaju aktywności polarnych (tak to nazwijmy). Z tych głównych i bardziej popularnych mamy do wyboru jazdę psim zaprzęgiem, polarne safari, zorganizowane polowanie na zorzę, objazd po fiordach i spotkanie z bardzo, bardzo północnymi lapońskimi zwierzątkami jakimi są renifery. Jako, iż jestem w Norwegii, zarabiam w złotówkach i praktykuję tzw. życie po studencku musiałam nieco nagiąć swoje travelerskie zasady, aby móc pozwolić sobie na którąkolwiek z tych atrakcji. Do tanich nie należą, dlatego postanowiłam wybrać tylko jedną z nich. Na podium znalazły się psy i renifery, przy czym to te drugie zdobyły złoto (Kasiu, jakie porównania!).

Skorzystałam z oferty firmy Tromsø Arctic Reindeer, która pochwalić się może naprawdę bogatą ofertą. Ja zdecydowałam się na 4 godzinną wyprawę, która obejmuje transfer z/do Tromso do/z miejsca oddalonego o kilkanaście kilometrów od centrum, posiłek, kawę, herbatę i storytelling przy ognisku w tradycyjnym saamskim namiocie (zwanym lavvio).

Kim właściwie są Saamowie? Ok, użyję innego słowa – Lapończycy. Zdecydowanie jaśniej? Przed podróżą do Laponii, nie myślałam, iż słowo to miałoby mieć w jakikolwiek sposób pejoratywne znaczenie. Okazuje się jednak, że budzi ono urazę wśród wielu, jak zwykliśmy mawiać, Lapończyków. Oni sami nazywają się Saamami. Słowo Lapończyk wywodzi się najprawdopodobniej od słowa lapp, który w językach skandynawskich oznacza łatę (co z kolei może mieć związek z utożsamianiem tegoż narodu z ich tradycyjnym strojem zwanym gákti). Koniec końców niejednokrotnie spotkałam się z teorią, iż kulturalniej i bezpieczniej będzie trzymać się wybranej przez nich wersji, która przypuszczalnie wywodzi się z języków bałtyckich (žēmē – ozn. kraj).
Myślę, że warto napisać pokrótce o samej Laponii, która z pewnością kojarzy się ze św. Mikołajem, śniegiem, Rudolfem i… no, północą generalnie.

Kilka słów o Laponii i Saamach
Precyzując jednak Laponia nie jest państwem, a krainą historyczno-geograficzną, która leży na terenie aż 4 państw! Zajmuje północną część Norwegii, Szwecji, Finlandii, oraz rosyjski Półwysep Kolski. Zamieszkujący ją Saamowie (względnie Saami – ha, już wiemy, o co chodzi) to najstarszy lud Skandynawii, który aby móc cieszyć się pełnią praw obywatelskich musiał przejść długą drogę pełną cierpienia, upokorzeń, a nawet krwi. Przez większość czasu był to lud koczowniczy, który zajmował się głównie hodowlą – no zgadnijcie – reniferów. Saamowie zwykli żyć w zgodzie z naturą, ale i ze sobą nawzajem. Każdy był panem swojego pola, nikt żądny terytorialnej ekspansji im za płot nie zaglądał. Problemy pojawiły się wraz z napływającymi kolonizatorami Skandynawii, którzy, w przeciwieństwie do mieszkańców Laponii, tworząc między sobą sojusze, mniejsze lub większe jednostki osadnicze uzurpowali sobie prawo do saamskich ziem. Ci z kolei, do tej pory bezpieczni na odległej północy, nie byli na to przygotowani. Stali się niewolnikami, narodem podległym, od tej pory uciskanym i dyskryminowanym.
Wiele lat musiało minąć zanim rządy poszczególnych państw uznały naród saamski. Moim zdaniem państwa te mogły zauważyć w nich duży potencjał ekonomiczny. Potomkowie Saamów, którzy do tej pory starają się kultywować  tradycje przodków stanowią, i tu nie ma najmniejszych wątpliwości, istotny filar turystyki północy.
Obecnie są narodem, mającym pełnię praw obywatelskich, swoje parlamenty (za wyjątkiem Rosji), które mimo iż nie posiadają realnej władzy politycznej mogą decydować o sprawach związanych z kulturą, szkolnictwem i rozwojem gospodarczym zamieszkałych przez nich terenów.

Historia 300-stu reniferów
Ciekawa sprawa z tymi reniferami. Założycielami firmy, która udostępnia swoje stadko turystom jest saamskie małżeństwo. Śladami przodków, zajmują się hodowlą reniferów, jednak jest coś co ich różni, bo o ile wieki temu renifery kończyły albo w garnku, albo jako środek lokomocji, ci zajmują się ich ochroną. Zarabiają dzięki spragnionym polarnej egzotyki turystom.
Chwila, napisała ‚ochroną’. A tak. Wraz ze zwiększającą się populacją rosomaków i rysiów zamieszkujących lapońskie lasy, populacja reniferów zaczęła gwałtownie spadać. Zimą zagrożenie rośnie. Zwierzę ma wówczas problemy ze zwinnym poruszaniem się w śniegu, ze zdobywaniem pożywienia, a ciężarne samice z donoszeniem ciąży. Dlatego też zaczęto łapać renifery i na okres zimowy zaganiać je na strzeżone wielkie pastwiska, gdzie odpowiednio karmione mogły bezpiecznie doczekać wiosny. Jako, że znajdują się one na terytorium człowieka, nie mają prawa spotkać tu ani jednego, ani drugiego gagatka, który mógłby zagrażać ich życiu. Gdy tylko stopnieją śniegi stado wraca do swojego naturalnego środowiska, wysoko w góry, gdzie cieszy się wolnością aż do kolejnej zimy.

Jak wyglądało karmienie reniferów?
Piękne jest to, że renifer to dzikie zwierzę i gdyby nie te wszystkie hodowle, nie mielibyśmy nawet szansy na tak bliskie spotkanie z nim. W środowisku naturalnym jest… jak u nas sarna (taki przykładzik). Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wyleci ci taki na drogę, przeleci szybko na drugą stronę i… tyle było z atrakcji! A tu: dostajesz kubeł pełen paszy i tylko krótkie ostrzeżenie, że ‚gdyby reniferki były w stosunku co do ciebie zbyt napastliwe, unieś wiaderko wysoko nad głowę i uciekaj’ – wypowiedziane ze śmiechem przez organizatora. Nie wiedziałam co myśleć, ale poszłam. Po wyjściu na pastwisko moją uwagę zwróciło… 300 reniferów biegnących w moją stronę. Cóż mogłam zrobic? Zaśmiałam się głupio i ruszyłam w ich kierunku.

Saamskie opowieści w lavvi przy ognisku
Po całym ekscytującym zajściu z reniferami nadszedł czas na tę bardziej statyczną część programu. Przed rozpoczęciem saamskich opowieści, każdy z uczestników miał okazję spróbować lokalnego przysmaku tzw. bidosu, czyli długo gotowanej zupy z renifera z dodatkiem ziemniaków i kilku innych warzyw (wiem, to przykre). Dla nieco wrażliwszych dostępna była wersja wegetariańska.
Kiedy już wszyscy umościliśmy się wygodnie w namiocie, otuleni kocami, Pani Żona Sama zaczęła opowiadać o swojej kulturze, o reniferach i całej historii z nimi związanej, a na samym końcu mieliśmy przyjemność wysłuchania joiku. Joik to rodzaj ludowego śpiewu-modlitwy Saamów. Na przestrzeni wieków stał się głosem uciśnionych. Mówi się, że joik jest pieśnią duszy. Bardzo często jest improwizacją złożoną niekoniecznie ze słów, a raczej z dźwięków, przy czym linia melodyczna jest tu bardzo skomplikowana. Zdecydowanie jest w tym coś magicznego, magnetyzującego i osobistego. To słychać. W czasach niewoli joik był zakazany. Niektórym brzmiał jak zaklęcie o niezwykłej sile, przez co napawała okupanta trwogą. Za śpiew można było zapłacić nawet głową.
Jeśli chcecie poczuć klimat, polecam zajrzeć na YouTube i wpisać joik.

Jeśli klimat północy uwiódł Was, tak samo jak mnie koniecznie sprawdźcie wpis o Sommarøy – Karaibach północy. Miłego dnia!:)

Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Wróć do początku
Follow by Email
Facebook
Facebook
Instagram