Swanetia czyli najlepsza odsłona Gruzji

To będzie opowieść o ludziach. Głównie. Nie może być inaczej. Ludzie, których spotkałam w Gruzji zasługują na tę opowieść. Niech Was nie zmylą piękne zdjęcia Kaukazu i nieskażonej przyrody, moje zachwyty nad kuchnią i tradycją gruzińską. Gruzini- to o nich będzie moja opowieść.

Mestia – Irina oraz koledzy znad mogiły

Mestia to mała miejscowość malowniczo położona w pięknym rejonie północno-zachodniej Gruzji u podnóża Kaukazu. Ze względu na wartości kulturowe oraz nieskażoną naturę została wpisana wraz z górną Swanetią na listę światowego dziedzictwa UNESCO.  Krajobraz Mestii oraz całej Swanetii urozmaicają charakterystyczne wieże obronne. Są one pozostałością po dawnych konfliktach i wojnach klanowych swanskich górali.  A że górale to górale, to konfliktów i sporów nie brakowało. Czasem dochodziło do morderstw, w takim wypadku rodzina zamordowanego musiała dokonać zemsty na oprawcy. W ten sposób niektóre swanskie rodziny zwalczały się wzajemnie przez kilkaset lat, nieustannie wprawiając krwawą machinę w ruch i mordując się wzajemnie. Aby uchronić się od wrogów budowano właśnie takie wysokie wieże, które były trudne do zdobycia i pełniły funkcję małych fortyfikacji. Do dziś niektórzy jeszcze w nich mieszkają.

Nas Mestia przywitała muczeniem krów i pięknymi widokami na Kaukaz. Hostel, który zarezerwowaliśmy przez booking.com okazał się totalnym nieporozumieniem, więc musieliśmy szukać lokum na własną rękę. Nie chciałam nocować w jakimś bezpłciowym hostelu, toteż wybrałam najwęższą, boczną dróżkę wiodącą na obrzeża miejscowości i tym sposobem znaleźliśmy się pod domem Iriny, która za niewielką opłatą pozwoliła nam u siebie przenocować. Oddała nam swój najlepszy pokój, a jak nas karmiła! To były prawdziwe gruzińskie supry! Nie do przejedzenia. Do tego tak po prostu z nami rozmawiała. Niby nic specjalnego, a jako niej myślę to jest mi ciepło na sercu.

Wieczorem wybraliśmy się na spacer po Mestii, ale naszym sposobem czyli nie główną ulicą, tylko przez opłotki, łąki i odgrodzone sady. Niedługo okazało się, ze jedyna droga naprzód wiedzie przez lokalny cmentarz. Niewiele się zastanawiając przeskoczyliśmy przez kamienny murek i z ciekawością zaczęliśmy się rozglądać dookoła. Nagle przy jednym z nagrobków zobaczyliśmy grupę kilku mężczyzn, który zaczęli do nas machać i nas przywoływać. Trochę z sercem na ramieniu podeszliśmy do nich ze zdziwieniem rejestrując wszechobecne butelki czaczy (lokalnej wódki) oraz gruzińskich specjałów (chaczapuri, serów) rozłożone na mogile oraz przenośnym stoliku (!). Panowie gestem zaprosili nas do wspólnego biesiadowania i trochę po polsku, trochę po rosyjsku wyjaśnili nam, że świętują  rocznicę śmierci swojego brata i przyszli się z nim napić wódki. Tym sposobem następną godzinę spędziliśmy pijąc czaczę nad mogiłą nieznanego nam Gruzina.

Ushguli i Mariusz Pudzianowski

Miałam nie rozpływać się nad krajobrazami, ale w przypadku Ushguli jest to niemożliwe. Leżące u stóp Shkhary (5193 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gruzji i trzeciego szczytu Kaukazu Ushguli zachwyca. Po prostu. Nie wiedziałam, ze istnieją jeszcze takie miejsca. To jedna z najwyżej położonych  osad w Europie, mnóstwo tu typowych dla Swanetii wspomnianych wcześniej wież obronnych. Sama droga do wioski stanowi nie lada wyzwanie, około 50-kilometrowy odcinek można pokonać tylko samochodem terenowym (i to nie zawsze!) i zajmuje to przeszło 3 godziny (z Mestii). W Ushguli oprócz włóczenia się po osadzie, wyprawy na lodowiec i kontemplowania pięknej przyrody można wspiąć się na najwyżej położoną w wiosce wieżę (tylko dla wysportowanych) oraz zwiedzić  maleńkie muzeum etnograficzne prowadzone przez dwie babuleńki. Polecam.

 

W Ushguli nauczeni doświadczeniem noclegu szukaliśmy w najdzikszej części wioski i znów nam się poszczęściło! Posiłki z rozmachem i gospodarze z krwi i kości, a do tego zachwycające widoki na Kaukaz i wioskę. Dzień upłynął nam na prawie 6 godzinnym trekkingu do lodowca, eksplorowaniu wioski oraz (a jakże!) zacieśnianiu przyjaźni polsko-gruzińskiej. Z tą przyjaźnią to było tak… rano, raniutko, po sutym śniadaniu postanowiliśmy trochę pozwiedzać obrzeża Ushguli, pełno tu było rozwalających się domów i chętnych do rozmowy swanskich górali.  Siedzieli oni w rozwalającej się „altano-szopie” popijali czaczę zakąsając ogórkami. Jak tylko usłyszeli, że rozmawiamy po polsku, nie było zmiłuj…przepadliśmy na godzinę…eee….może dwie. Nie pamiętam:-). Jeden z nich-miejscowy fan Mariusza Pudzianowskiego szczególnie utkwił mi w pamięci. Inny Gruzin podpuszczany przez kolegów postanowił popisać się trochę swoją niebywała siłą i zaczął podrzucać leżący nieopodal około 100 kilogramowy głaz. Ten pokaz męstwa przerwała matka naszego bohatera, która wybiegła z pobliskiego domostwa i zaczęła okładać nieszczęśnika miotłą po głowie. Taki obrazek z Gruzji;-).

Informacje praktyczne:

Jak się tam dostać?

Z Tbilisi do Mestii– nocny pociąg z Tbilisi do Zugdidi (około 30 lari), następnie poranna marszrutka z Zugdidi do Mestii (około 20 lari) (ponad 3 godzinna jazda)

Z Mestii do Ushguli- dojazd możliwy tylko samochodem terenowym, gdy pozwalają na to warunki pogodowe.  Samochody jadące do Ushguli oczekują przy głównym placu miasta, tuż przy niewielkim skwerku z placem zabaw. Koszt wynajęcia siedmioosobowego auta wraz z kierowcą  to ok. 300 zł. W okresie letnim nie ma problemu z „dozbieraniem” potrzebnej liczby pasażerów tak by zminimalizować koszty dojazdu.

Gdzie spać?

Serdecznie zachęcam do szukania noclegów w prywatnych gruzińskich domach. Jeśli jednak wolicie pensjonat to z czystym sercem polecam Roza’s guesthouse w Mestii. Nasza gospodyni Irina tam pracowała.

Jeśli czujecie, ze Gruzja skradła Wasze serca to koniecznie przeczytajcie wpisy Kasi: Co warto wiedzieć o Gruzji? oraz  Gruzja w kwietniu-Kazbegi.

Edyta

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Wróć do początku
Follow by Email
Facebook
Facebook
Instagram